czwartek, 17 stycznia 2019

Moja szafa zawsze kompa .... tybilna.

    Przed 50-tką i przed blogiem miałam szafę bardzo kompaktową. Mogłaby śmiało służyć stylistkom za wzór z Sewr. Cały rok mieścił się na wieszaku o długości 100 cm i wszystko było możliwie najlepszej jakości, na jaką było mnie stać i idealnie ze sobą skomponowane. Nie było jednej przypadkowej rzeczy, czy kupionej pod wpływem impulsu. Nie było też nigdy nic trendowatego, bo rzeczy musiały być uniwersalne i ponadczasowe, ale zawsze były albo w fajnym kolorze, albo miały ciekawy fason. Były to sukienki z Solara, kupowane zaraz, jak tylko się pokazały w sklepie, bo jeżeli już cudem coś mi spasowało, to nie mogłam sobie pozwolić na wątpliwą szansę dorwania mojego rozmiaru na przecenach. Kupowałam jedną dobrą rzecz raz na pół roku, podobnie jedną parę droższych, dobrej jakości butów, nawet dużo rzadziej. Kiedyś byłam z siostrą i jej facetem na zakupach. Ten nie mógł się nadziwić, jak mogę wejść do jakiegoś sklepu i wyjść natychmiast z hasłem "Tu nie ma moich kolorów".  Byłam wtedy duża i nie było mi łatwo znaleźć czegoś fajnego, w czym czułabym się i wyglądała dobrze, no i nigdy nie miałam dosyć kasy, żeby móc sobie zaszaleć, ale to z własnej "winy" i nieprzymuszonej woli ;) Nie przeszkadzało mi nigdy pojawić się na kilku imprezach z kolei w tym samym, czy chodzić w 2-3 fajnych zestawach na okrągło cały sezon. Miałyśmy z Lucy kilka takich lat, że przechodziłyśmy zimy w tych samych kurtkach, niestety czarnych. Przyjeżdżając na budowę, wyglądałyśmy jak siostry, tylko takie, jak Flip i Flap :) Wśród tych lat trafił się jeden taki chudy z pewnych powodów, że nie kupiłam sobie w ciągu niego nawet jednego biednego podkoszulka.
    Kiedy po 50-tce moje życie nareszcie się wyprostowało i kilka ogromnych głazów spadło z mojego serca, poczułam się lekka jak piórko, dostałam niezwykłej energii i mogłam góry przenosić, co zresztą chętnie robiłam. Pod wpływem tego poweru w pół roku schudłam 16 kg, rozdałam ciuchy, z których wyrosłam i zostałam tylko z butami. Wtedy pierwszy raz trafiłam do lumpeksu i okazało się, że to nagle prawdziwy raj dla mnie. O ile w zwykłych sklepach, w sieciówkach bardzo ciężko szło mi wypatrywanie czegoś fajnego, to tutaj robiłam to momentalnie. Teraz już wiem, że sprzyjała temu moja idealnie szczupła figura, bo i o ciuchy było łatwiej, i we wszystkim wyglądało się świetnie. Do tego doszła fascynacja modą, trendami oraz chęć pokazania koleżankom zachwyconym lumpeksowymi zdobyczami moich pomysłów szerzej, stąd skok na bungee, czyli blog. Przez 2 lata blogowania przewaliły się przez moją "szafę" ogromne ilości rzeczy, często kupowanych "tylko na bloga". Nie będę się dziś odnosić do tematu pokazywania, czy noszenia, stylizowania tylko do zdjęć, czy chodzenia w czymś po niezdrowe bułki, bo o tym już wiele razy pisałam i kto czytał, zna dobrze moje zdanie :) Dziś chodzi mi o coś zupełnie innego. 
    Jednocześnie w tym okresie blogowania, pewnie eksploatując siebie za bardzo, zaczęłam podupadac na zdrowiu, tracić siły i szybko tyć. To też inny temat. Faktem jest, że prawdopodobnie ważę teraz parę kilo więcej, niż przed moim schudnięciem, czyli "tak gruba jeszcze nie byłam". Aktualnie opadł mój zapał lumpeksowo-zakupowy i blogowy. Natomiast modę lubię i trendy śledzę z równą lub nawet większą energią. Przez to, że jestem znów duża, nie wyglądam już dobrze w wielu rzeczach i znów trudno mi coś na siebie fajnego znaleźć.
     Dziś ratują mnie kiedyś kupowane oversizy, w których ledwo, ale jeszcze się mieszczę, duże swetry i plisowane spódnice, które kupowałam na szczęście chętnie od 3 lat. W moim marnym stanie psychicznym ratują mnie kolory. Mam też nadzieję, że kiedyś odremontuję siły i trochę odbuduję odporność, kondycję i sylwetkę. 
    Mogłabym wrócić do tego, co kiedyś już świetnie przećwiczyłam, kompaktowej, spójnej i bardzo praktycznej w korzystaniu szafy, ale gdy tylko o tym pomyślę, przechodzą mnie ciarki. Jestem pewna, że czułabym się jak w klatce. W tej chwili mimo mojego niezbyt ciekawego stanu psychicznego i fizycznego nie ma takiej siły, która modowo mogłaby mnie wsadzić w jakieś ramy nawet najcudowniejszego "swojego stylu". Dzięki tym wydarzeniom w moim życiu, dzięki blogowi, bardzo dzięki lumpeksom, wiem, o co mi w tej modzie chodzi i wiem z całą pewnością, jak bardzo jestem rożnorodna, eklektyczna, zmienna i chaotyczna. Dziś podoba mi się to, jutro tamto, a za godzinę zachwycam się czymś zupełnie innym. Na pewno są rzeczy, które chwytają mnie szczególnie za serce i o nich pisałam w poprzednim poście. One tez na pewno będą u mnie dominować, ale właśnie dlatego, że wnoszą wciąż smak nowości i nie pozwolą mi skostnieć, nudzić się i w efekcie wpaść w jeszcze większą dziurę w dnie.
    Już kiedyś cytowałam tutaj "Daremne żale" Asnyka. Są moim drogowskazem, gdy tylko chce mi się żyć, dlatego dziś powtórzę fragment. Dotyczy on bardzo mojego podejścia do mody i słabości do trendów.

Trzeba z Żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe:
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę!




wtorek, 15 stycznia 2019

Dlaczego właśnie Renia Jaz?

     W obliczu tego bardzo smutnego fragmentu naszego narodowego życiorysu jakoś zapragnęłam napisać coś, cokolwiek, właśnie nie na temat. Na temat to wszyscy wiedzą, co czuję, bo czuję na pewno nie mniej :(
     Parę dni temu Renia Jaz na instastory w odpowiedzi na komentarz swojej fanki przedstawiła listę blogerek, które ją najbardziej inspirują. Większość z nich znałam w ramach moich poszukiwań inspiracji na fb, w zasadzie wszystkie, tylko nie wszystkie obserwowałam. Przeglądając ich strony, doszłam do wniosku, że mimo iż część z nich ma dużo więcej obserwatorów na insta od Reni, to nie pociągają mnie one i nie fascynują w takim stopniu jak Ona. Ostatnio jest tak, że każdy jej look zapiera mi dech w piersiach, prawdziwie i głęboko wzrusza. Jako umysł artystyczno-analityczny doszłam do wniosku, że chyba wiem, o co tutaj chodzi. Chodzi o trendy, tak, tak. Te tak nieciekawie oceniane i odbierane, szczególnie w naszym kraju, także wśród osób parających się modą uważane za fuj niesławne trendy. O tę "gonitwę" podobno ślepą mimo przeszkód za nimi.
     Przedstawione przez Renię blogerki są albo bardzo ascetyczne, klasyczne, minimalistyczne, naturalne albo bardzo szalone, ekstremalnie kolorowe, przerysowane, wizerunkowo krzykliwe. Oba te nurty dla mnie są odzwierciedleniem tego samego priorytetu, który jest tak bardzo promowany, czyli, że moda ma podkreślać naszą osobowość, czy indywidualność. W efekcie albo jesteśmy podziwianym kolorowym ptakiem, albo uwielbianą perfekcyjną, klasyczną ikoną stylu, często dodatkowo intelektualistką. Moda ma tu rolę bardzo służebną i super. Podziwiam przedstawicielki obu tych nurtów, ale szybko się oglądaniem ich stylizacji nudzę, lub męczę.
     To co przyprawia mnie o szybsze bicie serca, plasuje się gdzieś pośrodku. Czyli styl, świadomość, klasa, ale w odważnym połączeniu z najnowszymi trendami. Nie znam drugiej takiej osoby, która żeniłaby te dwie rzeczy w tak idealnych proporcjach, jak Renia. Trendy dodają modzie świeżości, powodują, że wciąż się chce czegoś nowego, że otwieramy się szeroko na świat i przełamujemy własne stereotypy, moim zdaniem wręcz uczą tolerancji. Natomiast klasa, styl, indywidualność, moim zdaniem, co wielokrotnie już podkreślałam, to jest coś, co się ma i nie zbuduje się tego naukowo, przynajmniej nie jest to łatwe, choć pewnie warto próbować.
     Czuję taką bliskość z Renią http://venswifestyle.com/ i podobną z Margot http://iameverywoman.eu/, bo wszystkie trzy kochamy ten świeży oddech trendów, a one dwie pięknie i odważnie się w tych trendach poruszają, nie zatracając wcale w tym siebie, co może kiedyś i mnie uda się osiągnąć :) Krótko po tym gdy poznałam Renię, zaraz na początku jej bloga, pozwoliłam sobie nazwać nas siostrami blogowymi, nie odmówiła, a chwilę póżniej trzecią siostrą została Margotka. Różnie potoczyły się nasze blogowe losy, dlatego dziś uważam, że lepszym określeniem dla nas byłoby, a w zasadzie co mi tam, jest!: Siostry Modowe i jeszcze dodam Odważnie Trendowe :)))
     No to sobie popisałam, na tyle miałam sił, niech mnie, obrazki może dołączę, może nie.
Renia mi chyba wybaczy, a Ci, co zwiedzeni tytułem posta przeczytają go dziwnym trafieniem, może też :)
     Zastanawiam się, czy po tej pisaninie jest mi lżej jakoś, jeszcze trudno mi to ocenić. Trzymcie się ciepło. Jakby co, to ja bardzo rozumiem decyzję Jurka Owsiaka, ale to nie jest hasło do dyskusji. Buziaki.
 

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Trzymajcie kciuki

    Ten rok był dla mnie bardzo trudny subiektywnie. Zaczęłam się rozpadać fizycznie, a potem psychicznie już w połowie poprzedniego. Podejmowałam różne działania zapobiegawcze, szukałam wroga w miarę sił u wielu fachowców, ale tych sił tylko ubywało, a jak brakuje sił, to wszystko leci na łeb na szyję. Pisałam już kiedyś, że za każdym razem, kiedy wspominam o braku sił, brakuje mi też wyobraźni, że może być jeszcze gorzej. Nie chcę pamiętać tego roku, a w zasadzie siebie w nim. Na szczęście był wyjątkowo krótki, bo gdy brak sił, czas ucieka jak szalony. Dobrze, że potrafiłam spać, bo ostatnie pół roku w zasadzie przespałam. Niestety ta ucieczkowa umiejętność też ostatnio mnie zawodzi.
    Nigdy nie robiłam postanowień noworocznych, poza jednym razem, gdy też byłam w nieciekawych miejscach ze sobą. Wtedy obiecałam sobie unikać myśli smutnych i denerwujących. Wiązało się to niestety z unikaniem pewnych, także ważnych i bliskich osób, ale zadziałało i miałam naprawdę dobry czas i rok. Teraz to na pewno nie wystarczy. Chciałabym tym razem znaleźć siły, by w tym Nowym Roku zawalczyć o siebie skutecznie, nie o jakąś Power Women, tylko o odrobinę energii, radości, motywacji do życia, wystarczy mi 10% tego, co miałam 2-3 lata temu.
    Trzymajcie proszę za mnie kciuki, żebym miała siły na działania ratunkowe i żeby te działania zadziałały choć ciut, ciut. Nie chciałabym popaść w beznadzieję bez dna. Po prostu trzymajcie kciuki, tylko o to proszę, nic więcej.

środa, 12 grudnia 2018

Dosyć już

      Dosyć już tego mojego marudzenia, przeciągania tematu, trucia i innych zmyślnych zabiegów.
Ktoś, kto może kiedyś niósł jakieś dobre przesłanie i pozytywną energię, przynajmniej taki miał plan, zamienił się dawno w wampira energetycznego i najgorsze, że najskuteczniej sam siebie pożera, czy wysysa. Tak czy siak trudno tu życzyć szczerze "smacznego". 
      Dlatego mimo tylu Waszych wspaniałych słów wsparcia i ogromnej życzliwości wycofuję się z blogowania i powoli także z fb, wcale nie na upatrzone pozycje. W zasadzie nie wiem dokąd, ale wiem na pewno, że ta gonitwa za własnym ogonkiem, albo bardziej może moja ucieczka od życia, bo tym się te wspaniałe pasje stały, nie może dłużej trwać, bo za chwilę nie będzie od czego uciekać. Taka już jestem, że trudno podejmuję decyzje, ale jak już, to są one radykalne i dziś wiem, że bez takiej radykalnej decyzji niczego nie zmienię, a te zmiany, które u mnie dotąd następują to dla mnie tylko na gorsze. 
      Myślałam, że jeśli tak sobie po prostu zrobię urlop, albo będę podchodzić do tematu na zasadzie "nic na siłę" to będzie lepiej, ale nie jest, wcale nie odzyskuję energii, wręcz przeciwnie. 
     Mam tylko nadzieję, że przez ten czas mojej blogowej, czy fejsbukowej działalności zrobiłam dla kogoś coś dobrego, ktoś miał przyjemność, radość, frajdę, ktoś coś zyskał, zainspirował się, tym co pokazywałam, czasem znalazł  zagubionego siebie, w tym, co pisałam. Bo temu to miało służyć. Nie temu: - patrzcie na mnie, patrzcie, jaka jestem, taka, siaka, owaka, tylko temu, czy korzystając z tego, czym przez los zostałam obdarowana, z tych moich bogactw naturalnych niezasłużonych mogę Wam coś wartościowego dać, mogę w jakiś sposób się z Wami tym podzielić. 
     Wcale nie jest przyjemne, wręcz jest frustrujące życie osoby, której najbardziej spektakularne osiągnięcia, to głębinowe zakopywanie talentów. Wiara, czy nawet bardziej wiedza o tym, że choć trochę z tego komuś coś, jest dla takiego zaprzepaszczacza nie do przecenienia. Wiele razy dawaliście mi to odczuć, wiele pięknych i mobilizujących słów przeczytałam. Za to wszystko ogromnie dziękuję. 
     Może jeszcze kiedyś tutaj jakoś zaistnieję, może zajrzę przypadkiem, może będę z Wami w jakimś kontakcie gdzieś, a może wcale. Nie kasuję bloga, będzie sobie tak wisiał, jak Wisielec z tarota. Zawsze będzie można do czegoś tam wrócić, podglądnąć, podobnie na fb. 
    Kochani życzę Wam wszystkim Wszystkiego Pięknego, samych sukcesów, będę myślami z Wami w jakiś sposób widoczna, lub wcale. Jeszcze sama nie wiem, co zrobię. Wiem natomiast, że nie mam podzielnej uwagi, i żeby ją przekierować gdziekolwiek, choćby po to, by o siebie zadbać, muszę ją od spraw najbardziej absorbujących po prostu odwrócić, zatrzasnąć żelazne grodzie.
    To był dla mnie piękny czas, bogaty i intensywny. Teraz czas na coś innego, a na co, tego nie wie nikt. Najpierw muszę zrobić ze sobą obiecywany bardzo długo porządek, licząc że nie jest za późno.
   Buziaki Kochani.
  

niedziela, 9 grudnia 2018

O byciu sobą w ubieraniu

       Tęsknię trochę za tym blogowaniem. Nie wiem, kiedy uda mi się zrobić jakieś zdjęcia na bloga, ale czuję, że kiedyś to nastąpi. Tymczasem po prostu chciałam tu zajrzeć i pozdrowić tych, którzy odwiedzają i czytają. Skoro nie mam obrazków, to może trochę popiszę. 
       Im dłużej siedzę w tej modzie, oglądam zdjęcia, czytam blogi i różne na jej temat opinie, tym bardziej wiem, że nic nie wiem. Nigdy nie chciałam być autorytetem ani przykładem do naśladowania, do prześladowania tym bardziej. Publikowałam moje pomysły modowe, stylizacje na blogu, a teraz publikuję mnóstwo inspiracji na fb z przesłaniem otwarcia innych na szerokie możliwości, dodania odwagi tym, którzy jej potrzebują i pragną. Każdy ma prawo decydować, czy w ogóle i jak z tego skorzysta, ale każdy ma przede wszystkim być sobą.  
       Ja byłam sobą, gdy publikując rok, dwa lata temu stylizacje na ten moment odważne i budzące różne uczucia, przyznawałam się jednocześnie, że nie chodzę tak po te niezdrowe bułki, bo ja, jako ja nie lubię się rzucać w oczy, nie lubię być w centrum uwagi. Zbierałam za to wtedy baty, bo "nie wolno pokazywać czegoś, czego samemu się na co dzień nie nosi". Kiedy przeczytałam krytyczne opinie dotyczące  Mucci Prady za jej "styl" osobisty, tak różny w stosunku do tego, co projektuje, uśmiechnęłam się tylko pod nosem, zrobiło mi się po prostu lżej.
      Dziś, gdy nie pokazuję na blogu w zasadzie nic nowego i odświeżam tylko te moje starocie od czasu do czasu na fb, nie wzbudzają już one żadnych kontrowersji. Dziś takie pytania, czy w tym chodzę po bułki, w zasadzie się nie zdarzają, bo przecież jakie to ma znaczenie. Na szczęście moda jest teraz tak szeroka i otwarta na wszystko, co zresztą staram się pokazywać w swoich inspiracjach na fb, że powoli, powolutku wszyscy oswajamy się z najdziwniejszymi pomysłami. Powoli może nie tylko dla mnie przestaną istnieć pojęcia: passe, obciach, czy kicz. Przestaną dziwić białe botki, modne już drugi rok chyba, sandały z łańcuchami, czy buty ze słomy. Może kiedyś będzie tak, że nie będą ograniczaly nas nawyki, stereotypy i skojarzenia. O regułach i zasadach już nie wspomnę ;)
      Od ponad roku jestem sama ze sobą w bardzo nieciekawych miejscach i fizycznie, i przede wszystkim psychicznie, ale nadal albo jeszcze bardziej jestem sobą, tą, która nie lubi być w centrum uwagi. I gdy nad morzem latem ubierałam długie, kolorowe, zamaszyste sukienki za grosze, to po prostu dlatego, że w nich akurat z moją wagą i w moim nastroju czułam się najlepiej, czułam się za nimi ukryta. Kiedy usłyszałam od pewnej cudnej dziewczynki, że podziwia moje kreacje, to byłam w szoku, dla mnie to był parasol ochronny, taka czapka niewidka. Dopiero wtedy zwróciłam uwagę, na to, co opisują inne blogerki, jak ubrani są w większości wczasowicze, czyli że w spodenki i zwykłe T-shirty. Mnie to w ogóle nie przeszkadzało, nawet im zazdrościłam, a sama zaczęłam też bez szczególnej przyjemności zauważać na sobie cudze spojrzenia. 
      Podobnie sobą byłam ostatnio, na smutnej uroczystości pożegnania brata mojej mamy, kiedy wśród wszystkich innych ubranych na ciemno, stosownie do sytuacji, "wyróżniałam" się strojem bardzo kolorowym, bo tylko tak ubrana czułam się w ten dzień i w tej sytuacji dobrze. Już kilka lat temu bliska koleżanka zauważyła, że im gorzej się czuję, w im większej czarnej dziurze jestem, tym bardziej kolorowo i odważnie się ubieram. Chyba patrząc w lustro, nie chcę się sama w swym smutku jeszcze bardziej pogrążać i pewnie też nie mam ochoty nikogo moim stanem obciążać. Po prostu odwracam uwagę strojem od siebie, ale czuję się tak dobrze, więc nie jest to ani maska, ani przebranie. Gdy piszę lub mówię otwarcie, jak jest ze mną, często słyszę: - Co Ty mówisz, przecież tego wcale nie widać. Taki widocznie jest mój plan. Wieczna bezwiedna mistrzyni kamuflażu w każdej kategorii.
      A tak serio, to chyba po prostu kolory są moją ucieczką i terapią, używam ich i lgnę do nich tym bardziej, im gorzej ze mną. Dlatego tak marzę o kolorowej ulicy, o tym, że ludzie zakładają na siebie, co chcą i jak chcą, bez obaw o to, co inni pomyślą o nich, bo nikt już nie zwraca uwagi na to, na pewno krytycznej. Ci, którzy chcą być klasyczni i eleganccy, są tacy. Ci, co lubią szarość i spokój w stroju, tak się ubierają, a ci, którzy lubią kolor, szaleństwo i energię po prostu nie czują się niczym ograniczeni. I nikt nikomu nie narzuca swojej, bo mojej mojszej filozofii, czy sposobu życia. 
     Na tym kończy dziś swój wywód marzycielka i idealistka, a fe ;)

sobota, 17 listopada 2018

Trochę beznadziejna próba sił

  Zamarudziłam wczoraj w tym poście okrutnie standardowo. Współczuję wszystkim, którzy musieli to czytać, w tym dziś także sobie ;) Postanowiłam to wszystko wykasować i trochę pomilczeć w zamian, bo podobno uczucia są wymowne, nawet wtedy, kiedy milczą. Tego się będę teraz trzymać, dla zdrowia ogólnego, oby nie chwilowo ;) 

  Oczywiście wszystko co mam na sobie pochodzi z lumpeksów i jest naprawdę w idealnym stanie i świetnej jakości. Od tego całego stylu, to ja już się trzymam z daleka, ale oddajmy chociaż szmatom trochę honoru i posądźmy je o odrobinę szlachetności :) 



środa, 14 listopada 2018

MODA I WOLNOŚĆ????

Kiedy się zastanawiam, co jest dla mnie ważne w modzie, dlaczego tak się jej te prawie 3 lata temu uczepiłam z sensem, czy bardziej bez niego, to poza możliwością realizowania się przez jakiś czas może w pewien twórczy sposób i inspirowania innych, najważniejsza jest dla mnie radość z zabawy modą i bezgraniczne poczucie wolności. Bez tej wolności nie ma dla mnie tej radości. Ta modowa wolność jest u mnie szeroko pojętą wolnością, wygląda na to, że wręcz światopoglądową.

Mam na myśli WOLNOŚĆ wyboru,
WOLNOŚĆ zarówno do jak i od
ale bez odwiecznej  atawistycznej WALKI o SWOJE.

- wolność do i od zasad i reguł
- wolność do i od trendów
- wolność do i od marek i metek
- wolność do i do jakości i szlachetności
- wolność do i od bycia stylowym
- wolność do i od posiadania klasy
- wolność do i od posiadania własnego stylu
- wolność do i od podziwiania ikon mody
- wolność do i od dobrych proporcji sylwetki
- wolność do i od bycia fit
- wolność do i od kopiowania
- wolność do i od spełniania oczekiwań
- wolność do i od bycia silnym
- wolność do i od złośliwości i uszczypliwości

Powiedzcie mi proszę, czy muszę wyjaśniać i rozwijać te wątki?

   Kiedy piszę, jak bardzo jestem bez sił, to nie wyobrażam sobie, że może być jeszcze gorzej
ale tak niestety się dzieje, dzień po dniu. Coś muszę zrobić, poogarniać, bo jak przypomnę sobie siebie i swoją energię z początków bloga, to tylko wyć mi się chce. Nie mam pojęcia, co będzie na blogu już i tak osieroconym, i na fb, który miał być tą przyjemną odskocznią, a wysysa ze mnie ostatnie soki, bo taki wrażliwiec ze mnie, że byle co mnie boli, a to nie spotyka się ze zrozumieniem. Zazdroszczę wszystkim, którzy będąc w jakimś wspaniałym punkcie teraz, są tacy pewni, że tak będzie zawsze, czego im przecież życzę z całego serca, choć sama tego nie zaznałam.
    Nie mogę słuchać, że skoro publikuję coś publicznie, to powinnam się liczyć z każdą opinią, także niemiłą, czy krytyczną. Liczę się i to bardzo, rozum wie dobrze, że ludzie są tylko ludźmi, nawet gdy prosisz ich o łaskę, ale serce wrażliwca nie sługa, nie skamienieje na zawołanie i boli o byle co. Nie unosi czytania, że ktoś przeraźliwie chudy, ktoś ohydnie gruby, że wymięte ubrania, że paskudne szmaty, że ktoś pisze coś, bo może, bo ma prawo. Bolą go różne zbyt mocne, nieadekwatne i niepotrzebne słowa. Boli, gdy wymachuje się szczerością jak flagą, by wyrażać niepotrzebnie przykre i krzywdzące opinie, nawet jeśli oparte na faktach, nawet jeśli słuszne, to niepotrzebnie dla kogoś bolesne. Boli mnie brak zrozumienia dla naszej różnorodności, brak zrozumienia dla siły, ale i dla słabości, po prostu brak empatii. Boli mnie w sobie też.
   Nie wiem, czy kiedykolwiek w moim życiu skończy się mój wewnętrzny bunt przeciwko krytykanctwu, wymądrzaniu się i jałowym dyskusjom. Zaraz usłyszę, że w takim razie nie nadaję się do ludzi, do społeczeństwa i  .... OK, ja to bardzo dobrze wiem. Chociaż  Ci krytykanci to może są wyjątki, ale mamrot zawsze widzi, czuje i przeżywa ich najbardziej, dlatego nie wie, co pocznie.
   Na pewno natomiast nie chce udawać hurra przeszczęśliwca, gdy nie ma jednej rzeczy, poza tuleniem się do Lakiego, która by przynosiła mu trochę radości. Choć musi przyznać szczerze, że takim hurra przeszczęśliwcem na początku bloga był, ale co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Prawdopodobnie, jeśli nie stanie się tak, że wszyscy go znienawidzą, albo tylko po prostu opuszczą, ciąg dalszy nastąpi, bo trzeba z żywymi naprzód iść i tu dziękuję za każdy dzień tego życia z żywymi ...

Puszczam sobie tego posta i nie wiem, czy za chwilę go nie wyrzucę, szczerze i serio, nie wiem nic o tym, co będzie ze mną za chwilę, choć raczej na pewno nie będzie euforycznie, to jedno chyba wiem na pewno.