czwartek, 27 kwietnia 2017

Patchworkowo i piknikowo / patchwork & picnic




Z czym ta Lumpola do Was próbuje :)

Nie zwróciłabym może uwagi na tę koszulę, gdyby nie wcześniejsze stylizacje Beatki Pumy Romanek z czerwoną kratkowaną koszulą, Reni Jaz z płaszczem w drobniutką, granatową kratkę gingham, i świeżutka Reni Driscoll z koszulą niebieściutką :) Naprawdę moje koleżanki blogerki, wszystkie bez wyjątku, uwielbiam Wasze blogi, uwielbiam się zachwycać i uwielbiam czerpać z nich różne wskazówki, czy inspiracje. Dzięki temu otwieram się na tereny dla mnie nowe i nieznane, na oversize, elegancję, klasykę, przyglądam się też nieśmiało minimalizmowi. Jak pisałam już wielokrotnie, jestem niezwykle eklektyczna, podoba mi się wiele i inspiruje mnie wszystko. Nie jest tak, że siedzę i szukam inspiracji, tylko one znajdują mnie, czasem wręcz atakują, a to fajny element, a to ogólny klimat, zestawienie kolorów czy wzorów, połączenie form. Czasem jestem aż przytłoczona mnogością obrazów i różnorodnych fascynacji, które kotłują się w mojej głowie. Trochę głupio się przyznać, ale mam już pomysły na stylizacje, czyli przygotowane zestawy na 2-3 miesiące do przodu, ale one też wciąż ewoluują ;) Może to na szczęście, ale zauważyłam, że trochę zmalało moje zachłyśnięcie wybiegami, pięknym szaleństwem i dekoracyjnością Gucci, Prady, Dolce i Gabbany. Chyba zaczynam się kręcić bliżej ziemi ;) Dobrze, że te moje futrzane skrzydła były takie ciężkie fizycznie i dla niektórych nawet mentalnie, dało mi to do myślenia ;) Zaczyna mnie kusić, to o co wiele z Was bardzo słusznie nawołuje, streetstyle, codzienność, praktyczność, przydatność ;) Co nie znaczy, że sobie będę z tym radzić, i nie znaczy, że znów nie odlecę :) Jestem dla siebie wielką zagadką. Zdjęcia robię raz na 2-3 tygodnie, kilka stylówek naraz w bardzo krótkim czasie, niezależnie od pogody, i nie mam szans logistycznie rozegrać tego w inny sposób. Dlatego piękne sesje plenerowe czy streetstylowe u mnie są nierealne. I tak ledwo znajduję siłę na przebieranie, a po tej maksymalnie godzinie w mojej garderobie na podłodze piętrzy się stos ubrań, butów i dodatków, majtki mam przepocone i makijaż powoli zanika pozostając sporymi fragmentami na ciuchach, czyli pranie i prasowanie od nowa ;) Mogłabym pokazywać jedną, dwie stylówki raz na 3 tygodnie, wtedy dałabym radę gdzieś podjechać, podejść, ale co ja wtedy zrobię z tym wszystkim, co czeka w kolejce do pokazania i tym całym bajzlem w mojej głowie, oszalałabym chyba, no i chyba wstydziłabym się bardzo zdjęć wśród ludzi, w końcu dopiero od roku pozwalam sobie robić jakiekolwiek zdjęcia w ogóle, więc coś za coś. Póki mam co Wam pokazywać, bo i lumpeksy są dla mnie łaskawe, i moja wyobraźnia buzuje, nie będzie pięknych zdjęć plenerowych, może jak wyczerpią się możliwości, to będę się mogła skupić na jakości, tymczasem zamiast jakości jest JAKOŚ ;)) W codziennym zabieganiu nie mam też szans na zdjęcia w drodze na budowę, czy z budowy np., a biuro mam w domu i nie stroję się do pracy. Stylówki, które pokazuję, poza tymi całkiem szalonymi, są bardziej na wyjścia wszelkiego typu, choćby z przyjaciółmi, czy na zakupy, do kina, na spacer miejski, na imprezę, nawet na co dzień, ale nie w warunkach mojej pracy. Jako zwierzę mało stadne, aspołeczne i introwertyk z natury takich okazji wyjściowych do wyściubiania nosa poza dom mam bardzo niewiele, a jeśli już spaceruję, to z psem w głębokim, dzikim lesie, więc znów nie byłoby najmniejszej szansy wykorzystać i pokazać w moim realnym życiu tego wszystkiego, co mam do pokazania. Patrząc na to w ten sposób, moje zestawy są typowo przygotowywane pod bloga, albo odwrotnie one się rodzą w głowie, a blog jest miejscem, które powstało, żebym mogła je pokazać. No i pokazuję je zawsze na mojej szarej ścianie, dębowych drzwiach i czasem w zieleni w ogrodzie. Ostatnio na instagramie miałam komentarz w tym temacie o treści "Z daleka poznaję! :)" i postanowiłam uznać go za komplement :) Temat, co i jak powinno być pokazywane na blogach pojawia się ostatnio tak często, że poczułam potrzebę wyjaśnienia tego, jak to się u mnie dzieje. I jeśli to, co pokazuję, i w jaki sposób pokazuję, jest dla Was znośne, i do przełknięcia w takiej formie i nadal będziecie chciały do mnie zaglądać, będę naprawdę przeszczęśliwa :)

Trochę o stylizacji

Dzisiaj mam na sobie koszulę z krótkim rękawem w wielką piknikową czerwoną kratę, zakładaną długą spódnicę w kolorze głębokiego indygo z naszytymi asymetrycznie kieszeniami oraz białą ramoneskę i białe bandażowe sandały, które już Wam przedstawiałam na blogu. Najważniejszym elementem tej stylizacji jest torebka, a w zasadzie patchworkowa, barwna wielka torba-wór chyba DIY, na szerokim pasie, uszyta z jeansu, z wykończeniami, naszywkami i kieszonkami z różnych wielokorowych materiałów.

A LITTLE BIT IN ENGLISH

Today I am wearing a short-sleeved gingham shirt, a long, deep indigo envelope skirt with asymmetrical pockets, with a white leather biker jacket on top and white bandage sandals, which I have already presented to you on this blog. The most eye-catching element of the outfit is the handbag: a big colorful patchwork hand-made bag, made of jeans, with a combination of trims, patches and pockets of different colours and fabrics.



Dziś wszystko co mam na sobie oprócz ramoneski pochodzi z second-handów.
Today except my white jacket I'm wearing everything from second-hand shops.

spódnica/skirt - SAINT TROPEZ
koszula/shirt - ATMOSPHERE
buty/shoes - VAGABOND
torebka/bag - NN

biała ramoneska/white lether jacket - MOHITO












Bardzo uszczęśliwia i motywuje mnie każdy ślad Twojej tu obecności, dlatego serdecznie dziękuję za odwiedziny na moim blogu i za wszystkie komentarze. Zapraszam do oglądania i czytania, a jeśli Ci się spodoba, do obserwowania :}

Every trace of your presence here makes me happy and motivates me, so thank you so much for visiting my blog and for all the comments. I invite you to watch and read, and if you like it, to observe :)

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Różowy deser z cappucino / Pink Dessert & Cappucino




Dziś moja kolejna wariacja na temat deserkowych kolorków. Zestaw kolorów kojarzy mi się z różową pianką udekorowaną bitą śmietaną i poziomkami, podaną z cappuccino. Bardzo lubię takie słodkie połączenia, zresztą czego to ja nie lubię ;)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Przyczajony punk i ukryty rock / Crouching punk & hidden rock


"If you are always trying to be normal,
you will never know how amazing you can be."


"Jeśli zawsze starasz się być normalny,
nigdy nie dowiesz się jak niesamowity możesz być."

Maya Angelou




czwartek, 13 kwietnia 2017

Koral i Karmel na pasach / Coral & Caramel on the stripes



Pomroczność ciemna krecika ;)

Uwielbiam filmy Almodovara, z różnych powodów, ale zmysłowo głównie przez niezwykłe kolory. Po oglądnięciu kilku jego filmów zamarzyłam o Hiszpanii, a najbardziej o Barcelonie, żeby tę całą ferię barw zobaczyć na żywe oczy ;) No i wybrałam się na urlop z rodzicami ;) Przeżyłam ogromne rozczarowanie, bo wszystko było nie takie, ciemne, bure, byle jakie. Po wywołaniu zdjęć, do robienia których zostałam zmuszona, przeżyłam szok. Nie mogłam uwierzyć, że tam byłam, wśród tego szaleństwa cudnych kolorów i niezwykłych klimatów. Wtedy przypomniałam sobie że jako ochronę przed czerwcowym hiszpańskim słońcem, zakupiłam ciemne nakładki na okulary, które przez cały czas na nich tkwiły. Jako krecik pierwszą rzeczą, którą robię, wstając z łóżka i ostatnią kładąc się, jest ubieranie i zdejmowanie okularów. I tak całą piękną Hiszpanię widziałam nie dość, że w moich 50-70 procentach, to jeszcze przez bardzo ciemne okulary ;)

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Khaki i blade róże / Khaki & pale roses




Cudowne biurko krecika :)

Dziś wracam do treści o kolorach, bo jak wiecie, kolory to jest to, co na krecika działa jak mało co :) Jako dziecko miałam biurko w meblościance, nad którego blatem było mnóstwo półeczek ze szklanymi podziałami. W tych półeczkach szczelnie zapełnionych trzymałam wszystkie swoje skarby, pudełka po czekoladach od wujka z Austrii, opakowania po pastach do zębów i kremach, i wszystko, co kolorowe, nic praktycznego. Uwielbiałam zdejmować okulary i wpatrywać się w tę barwną plamę, dużo bardziej niż w telewizor, w sumie chyba wtedy czarnobiały ;) To zostało mi do dziś, wolę patrzeć na statyczne obrazy, na zdjęcia niż na filmiki i nagrania video, tutaj nie nadążam za duchem czasu.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Błękitne dzwony / Blue flared trausers







Ciąg dalszy o kreciku.

Jako krecik "świadomy" nie jestem już kierowcą. Zdałam prawo jazdy dawno temu za pierwszym razem, ale dostałam je terminowo na 2 lata. Obiecałam panu doktorowi, który sprawdzał mój wzrok, że nie wsiądę za kierownicę, gdy tylko będę czuć się gorzej, a jak się zmierzcha czy pada deszcz, to już wcale. Pan doktor pokazał mi z boku palce i zapytał "Ile palców Pani widzi?" odpowiedziałam "Dwa." Usłyszałam wzburzone "Ja Ci dam dwa!!" i tym sposobem przeszliśmy bez zbędnych ceregieli "na ty"!  Ani razu nie zgadłam ... Pan doktor powiedział, że wykazuje maksimum dobrej woli, podpisując mi zgodę terminową. Ja powiedziałam, że wykazałam maksimum dobrej woli, zapisując się na to prawko ( bo nigdy nie chciałam jeździć, ale to już inna historia ) więc chyba nie będziemy się licytować. No i jeździłam podobno technicznie jak urodzony kierowca, całe pół roku starym fiatem, któremu sprzęgło wpadało do środka, i musiałam je wyciągać ręką, a drzwi kierowcy otwierały się na zakręcie. Co z tego, jak nie widziałam, musiałam podjeżdżać pod znaki blisko i powoli, żeby odczytać, co na nich pisze, skręcałam w drogę 2 m za daleko, nie widziałam aut nadjeżdżających z boku, w ogóle nie potrafiłam ocenić odległości ani prędkości. Byłam non stop zlana potem i nieziemsko wyczerpana, więc moja kariera kierowcy szybko się skończyła, dobrze, że obyło się bez ofiar ;) Wracając do krecika już nie kierowcy, a pasażera, typowe jego zachowanie opisuje następująca historia. Staliśmy kiedyś samochodem z kolegą przed pasami dosyć długo, w końcu on mnie zapytał, wskazując na oddalającą się już poważnie dziewczynę "Czy to była może Twoja koleżanka? Bo stała nam chwilę na tych pasach przed autem, machała, zrobiła pajacyka, po czym niemal rzuciła się na maskę, a Ty nadal bez reakcji ?" To by było na tyle :) Błagam, nie obrażajcie się, gdy nie poznaję na ulicy czy gdziekolwiek, nawet długo i zaciekle szarpana za rękaw! Jestem krecikiem i jeszcze na dodatek tonę w mlaskających bagnach własnych myśli, bo skoro słabo widzę, to wygląda na to, że kieruję wzrok do mego wewnętrza. Tam podobno mam "ładnie pofałdowane półkule mózgowe", jak to poetycko, a zarazem sarkastycznie ujął  kolega w liceum, gdy robiłam focha na komplementy bardziej cielesne ;)

czwartek, 30 marca 2017

Podwójne urodziny i zapowiedź zmian :)

Czyżby pożegnanie z tą najbardziej szaloną wersją Lumpoli ?




Za chwilę pierwsza rocznica mojego bloga i jednocześnie pierwsza trzydziestka mojego syna Wawrzka :) Hurra! Mój syn w końcu dogonił mnie wiekiem! :) Natomiast blog, jeśli wdał się w "starszego brata" to jeszcze raczkuje, ale na tych swoich kolankach popiernicza jak szalony, by za jakąś chwilę, znienacka, nie tracąc czasu i energii na naukę "chodzenia", stanąć twardo na własnych nóżkach, wyciągnąć się na całą "Jego Wysokość" i po jednym drobnym potknięciu z refleksją "acha!" ruszyć do przodu "jak Stary" :) Gdy 30 lat temu byłam w ciąży, mój mąż zadedykował mi piosenkę "Mała żono" grupy Babsztyl, której słowa przypominam dziś sobie i Wam z ogromnym wzruszeniem, bo się sprawdziły! :) Parę lat temu 6-letni syn Karoliny Natek zapytał mnie, czy ja też mam jakiegoś syna? Na moją odpowiedź, że mam 26-letniego, zdziwił się słusznie w słowach "Kiedy on zdążył TAK dorosnąć?" Może to samo usłyszę kiedyś o blogu :) Komentarze do wieku Wawrzka mój mąż podsumowuje krótko i dla mnie niezwykle sympatycznie słowami:"Bo to jest mój syn z pierwszego małżeństwa :)".

piątek, 24 marca 2017

Oversize i patchworkowy jeans.

Całkiem nowe lumpeksowe spodnie od Dolce&Gabbana :)




Zreflektowałam się niedawno, że poza rurkami, w których śmigam na co dzień i jednymi dzwonami, nie mam żadnych ciekawych jeansów, więc rozglądnęłam się w lumpeksie za jakimś hiciorem :) Szybko wpadły mi w oko dwukolorowe niebiesko beżowe spodnie, w kroju przypominające nieco robocze, nówki z metką. Wzięłam je do przymierzalni, nie czytając metki, ubrałam, leżały idealnie i wyglądały świetnie, i wtedy przeglądając się w lustrze, zobaczyłam na nich spory więc widoczny także dla oczu krecika, czarno czerwony napis Dolce&Gabbana. Dziś więc post z tymi spodniami i z ogromną kraciastą marynarą, na którą skusiłam się ryzykownie zainspirowana pledowym płaszczem Reni Jaz z bloga VENS WIFE STYLE. To moje pierwsze stylizacje z oversizowymi elementami, dziwnie się czuję, bo jest to dla mnie coś zupełnie nowego, ale jest ryzyko, jest zabawa :) Poza tymi patchworkowymi spodniami trafiły mi się jeszcze sznurowane po zewnętrzu nogawki dzwony i poszarpańce wyszywane drobnymi koralikami z logo Rolling Stones, ale te spodnie pokażę innym razem, wspominam o nich, bo będą kiedyś ilustracją tematu, który poruszam poniżej.

piątek, 17 marca 2017

Swetrowo i różowo - w spodniach

Dejavu i Ariergarda.




Dejavu o górach.

Niedawno po raz pierwszy od ponad roku wybrałam się do centrum handlowego, wprawdzie po kosmetyki, nie po ciuchy, ale jednak :) I zanim tam dotarłam, pojawiło się dejavu uczucia z młodości, kiedy to ruszyłam pierwszy raz w życiu w Tatry z moim wtedy jeszcze przyszłym mężem. Dotąd wakacje spędzałam przeważnie z rodzicami nad morzem albo na cywilizowanych koloniach. Miałam ogromne kompleksy z tego powodu, wydawało mi się, że jestem taką pańcią, co nie zna prawdziwego harcerskiego życia i nie zaznała nigdy tzw. Niedźwiedziego Mięsa. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że w tych górach, każdy, kogo mijamy, i kogo zwyczajowo powinnam pozdrowić, od razu widzi, że ja jestem nie z tej bajki, że ja tu zupełnie nie pasuję i myśli o mnie: "Co Ty tutaj robisz?". Mimo to przeszłam z moim mężem i przyjaciółmi różne góry tam i z powrotem, wzdłuż i wszerz, trasami i poza nimi, czasem 7 razy koło tego samego drzewa. Nawet nasz syn ma imię po człowieku gór i autorze "Mistyki gór" Wawrzyńcu Żuławskim. Po latach doszłam jednak do wniosku, że w imię tych moich kompleksów, no i oczywiście dla wspaniałego towarzystwa, czyniłam poważny gwałt na sobie. Bo ja gór nie lubię, nigdy nie polubiłam, biegałam po nich tak szybko, jak mogłam, żeby już tylko mieć je za sobą. Kocham wodę i mistykę czuję w szemrzącym strumieniu, w dzikości rwącej rzeki, w szumie fal morza. To moje pierwotne uczucie niepasowania do gór było po prostu do szpiku kości prawdziwe, tylko ja go wtedy nie chciałam słuchać. Kiedy już odmówiłam siebie górom raczej nieodwracalnie, mój mąż spróbował jeszcze uroczo i nieudolnie zagrać na moich uczuciach, zaopatrując się w koszulkę z napisem "W górach jest wszystko, co kocham." ;) Na szczęście znaleźliśmy co najmniej kilka wyjść z tej sytuacji ;) Zdarzyło się jednak, że bliska koleżanka poprosiła o towarzyszenie jej w wyprawie na Babią Górę w prezencie urodzinowym dla niej. Cierpiałam, ale niestety nie potrafiłam wtedy asertywnie odmówić. Ponieważ już nie posiadałam butów do chodzenia po górach, pożyczyłam od siostry. W tych butach zaraz po kilkunastu minutach wspinania odpadły po kolei obie podeszwy, no i musiałam zawrócić. Uważam, że nie ma przypadków, za to są prezenty, na które mnie po prostu nie stać. Są to "prezenty" czynione w dobrej wierze czy intencji, ale wbrew sobie. Wracając do dejavu, to samo dziwne uczucie niepasowania i rzucania się w oczy jako persona lekko non grata co w Tatrach, miałam wybierając się po roku do centrum handlowego, bo ja już zupełnie wtopiłam w lumpeksach :) Oczywiście szybko mi przeszło, bo już nie jestem tą samą dziewczyną co ponad 30 lat temu, nawet nie jestem tą samą co 2 lata temu, jednak taki dziwny sygnał ostrzegawczy się pojawił, a ja teraz już moich wewnętrznych głosów bardzo słucham ;) Jeszcze niedawno byłam jednym wielkim kompleksem, źle się oceniałam i traktowałam, często moje braki w różnych dziedzinach nazywałam nawet upośledzeniem. Bardzo dużo się zmieniło, kocham siebie i jestem niezwykle ze sobą pogodzona, ale nie zapomniał wół jak cielęciem :) Moje "braki" nie zniknęły, ale nie przejmuję się nimi, dziś je akceptuję w pełni i jeśli czasem zawracam myślami do przeszłości, rodziny, dzieciństwa, młodości, to dlatego, że szukam, także w sobie PRZYCZYNY, a nie WINY :)

sobota, 11 marca 2017

Przekorny grunge i mezalians :)

Razem czy osobno ?




O grunge króciutko :) więcej innym razem :)

Grunge to styl, który kocha kontrasty, nie podąża za aktualnymi trendami, miesza różne fasony. Jest stworzony dla tych, którzy nie lubią klasyki, prostych krojów i grzecznych stylizacji. Poszukują czegoś innego, wyrażającego ich osobowość. Styl grunge to nie tylko moda. To przede wszystkim energia, luz, a także pozorna niedbałość. Dla osób, które lubią ten styl ważna jest wygoda, ale też możliwość zaprezentowania własnego podejścia do świata. W muzyce grunge reprezentował często postawę negacji otaczającej rzeczywistości, często negacji siebie. Ten mój dzisiejszy grunge, jest przekorny podwójnie. Po pierwsze występuje tylko w stroju i atrybutach, ale jednak podąża za trendami :) Po drugie nie jest naładowany ponurym nastrojem, frustracją, i goryczą w stosunku do otaczającego świata. Nie przepełniają mnie klimaty autodestrukcji i nienawiści do samej siebie. Wręcz przeciwnie, mogę z całą pewnością powiedzieć, że kocham siebie, nawet gdy jest mi szaro, smutno i źle, a siebie po 50-tce wręcz uwielbiam, i nie wiem, dlaczego tyle lat musiałam na to czekać! :) 

wtorek, 7 marca 2017

Lumpola zrobiona na szaro :)

Wrześniowa czkawka :)



O co tu chodzi ??????

Zachęcona sympatycznym odzewem na instagramie, postanowiłam przypomnieć moje dwie bardzo spokojne i bardzo szaro szare, więc jakby nie moje, choć zważając na mój chwilowy wieczorowy niedostrój, stylizacje wrześniowe. Chwilowy, bo jeszcze dziś rano ogłaszałam na fb Wiosnę kolorowymi balonami, a tu bach i znów strach  .... przed diagnozą dwubiegunowości ;) We wrześniu na siłę i rzutem na taśmę doczepiłam te moje stylizacje do posta z Kagi Szara Eminencja czyli elegancja w rozmiarze 40+ i dziś postanowiłam się odseparować, albo bardziej udzielić Kag autonomii, żeby zrobiło jej się tam luźniej i samodzielniej, ale nie samotniej! :) Tak więc, zamiast tym razem przywoływać cały post jako przypominajkę, stworzyłam nowy mniejszy więc strawniejszy do przełknięcia pojemnościowo, a do macierzystego, już beze mnie, też serdecznie zapraszam :) Dziś nie będzie żadnych dygresji, bo to taka decyzja znienacka, a dla przypomnienia, o szarościach rozpisywałam się jeszcze w poście Jak zrobić na szaro sportową elegancję 1  :) Puszczam tego posta, choć nie wiem czy to dobry pomysł, i idę na rowerek, powalczyć o jakąś endorfinkę, trzymajcie kciuki!

piątek, 3 marca 2017

Stylizacja multitrendowa ;)

Nie wiem co jest trudniejsze: liczyć na siebie, 

czy próbować policzyć aktualne trendy w modzie ? ;)



Jak to jest z tym liczeniem ?


Bardzo dawno temu spotkała mnie sytuacja, taka z kategorii głębokiego zawodu, standardowo kojarzona z reakcją zranionego ego: "jak ktoś mógł mi coś takiego zrobić, nigdy tej osobie tego nie wybaczę, muszę się odegrać, przecież ja nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła". I ze zdziwieniem zaobserwowałam u siebie wtedy coś zupełnie innego, nie złość, nie żal, nie chęć odwetu, nawet nie ból, tylko fizycznie namacalne uczucie jakby grunt spod nóg mi się usunął. Pojawiła się refleksja, że tak przecież nie może być, że ja chyba na tym kimś jakoś dziwnie wiszę, że się uczepiłam jak rzep do ogona Lakiego, że jestem uzależniona od podpierania się na tej osobie, jakby to ona była laską, a nie ja, haha :) A przecież ta moja Opoka, ten Filar może z różnych, nieprzewidzianych powodów zniknąć z mojego życia znienacka i nieodwołalnie, zresztą może też się okazać, że wcale nie jest taki silny jak sobie w swym młodocianym idealizmie imaginowałam. I co wtedy? Spadam, upadam, leżę sobie i pachnę czy też leżę i wyję, a może gorzej nawet, nie ma mnie, bo bez niego nie istnieję? I moją najważniejszą nauką z tego doświadczenia było to, co najlepiej podsumował mój matematyk, gdy powiedziałam, stojąc przy tablicy, że czegoś nie potrafię policzyć. Powiedział wtedy: "Panna ty licz na siebie, a naucz się rachować" i tego się trzymam, przynajmniej na tym pierwszym członie zdania skupiam wszystkie moje zdolności ... matematyczne ;) Uwielbiam mieć w pobliżu ludzi, na których mogę liczyć, czuć ich wsparcie, gdy potrzebuję, cenię to, jak wspaniały dar, ale nie mam też żalu i oczekiwań, gdy nagle ich przy mnie zabraknie, kocham ich wtedy tak samo, bo wierzę, że każdy z nas, przy zdrowym podejściu, daje z siebie innym tyle, ile potrafi w danym momencie, a sama po sobie wiem, że momenty są różne. A jak nie daje nam, to daje komuś innemu, bo tak chce, bo ma ku temu powody, i wcale nie jest to wymierzone przeciwko nam, zresztą przeciwko nikomu zresztą. Wierzę, że jeżeli jesteśmy po prostu życzliwi, gdy się dzielimy, udzielamy wsparcia, wtedy gdy jesteśmy na to gotowi, nie kosztem siebie, nie oczekując wzajemności, ale tak bezwiednie i naturalnie czyli gdy "nie wie prawica, co czyni lewica" to spotyka nas to samo, z różnych stron, czasem zupełnie nieprzewidywalnych i dobre przypadki zlatują się do nas jak ptaki na ramiona św. Franciszka, i tak jak one nie wymagają wdzięczności, która swoją drogą jest piękna gdy szczerze naturalna :)

Może jestem ostatnio męcząca z tym filozofowaniem, ale taką mam teraz potrzebę, 
jutro mogę mieć inną, albo i taką samą, obiecuję :)

niedziela, 26 lutego 2017

Błękity, połyski, futerka i kwiaty :)

czyli o niebieskich migdałach :)




O migdałach według PWN:

Z migdałami było tak: są obecne w polszczyźnie już od połowy XV w., nie tylko w znaczeniu podstawowym, botanicznym, ale także przenośnym, metaforycznym, np. 'smakołyk, specjał', a także 'ktoś wspaniały, skarb' (por. np.: „Tobie jednemu bym ją oddał, migdał, powiadam migdał” H. Sienkiewicz). Migdały mogą być ziemskie, ale też i niebieskie (czyli niebiańskie). Myśleć o niebieskich migdałach znaczy 'marzyć, myśleć o rzeczach pięknych, nieziemskich', wtórnie także 'myśleć o rzeczach nierealnych, błahych', a nawet 'nic nie robić, próżnować'.

środa, 22 lutego 2017

Swetrowo i różowo - w spódniczkach.


Trochę przezroczystości na koniec zimy.




Postanowiłam trochę wstrzemięźliwie podejść do nowych zakupów, nawet tych po złotówce, bo jakby zarastam. Do ogarnięcia szafy, z czym się pożegnać, a co się jeszcze przyda, głównie czasowo, choć trochę mentalnie też, wciąż nie dojrzałam :) Dlatego będę chciała teraz, od czasu do czasu, zamieszać rzeczami, które już posiadam i wcześniej na blogu pokazywałam. To, co bardzo chcę sprawdzić na sobie, to bardziej zimowe, czy chociaż bardziej ubrane, wersje lekkich spódnic i sukienek, które prezentowałam latem, czy wczesną jesienią. Dziś pierwszy taki post, z różowymi odświeżynkami. Powolutku będę próbowała wrócić do cotygodniowego, weekendowego trybu blogowego, teraz też chciałam poczekać, ale bardzo ciężki dzień spowodował, że puszczam tego posta wcześniej na samopocieszenie. No i jasna, zima nam umyka, a ja jeszcze tyle ciepłych sytuacji chciałabym Wam pokazać, a nie mam cierpliwości by czekać do jesieni, tylko czasu jakoś mało logistycznie niestety.

czwartek, 16 lutego 2017

Turkusowo złoty nielot Lumpoli.

D'oda do Młodości i Wrażliwości.




HALA ODLOTÓW 
czyli co mi dziś po duszy kołuje.

"Nie udawaj; bądź tym, kim jesteś; puchem jesteś. 
 Bądź puchem, a skrzydła ci wyrosną tak wielkie, jak niebiańskie.  A i zaniebiańskie."  
                                                                                                                   Edward Stachura

Dziś motto od Steda, wiersz od Kazimierza Dąbrowskiego i skrzydła prawie jak od Dody. 
Do tego Młodość, bo przychodzi z wiekiem, a dziś przyszła do mnie po raz 52-gi.
Tym razem zrobiła to nostalgicznie, trochę odlotowo i na pewno nieco nastrojowo. 
Post jest znienacka w czwartek, nie w weekend, bo ta moja dzisiejsza Młodość ma usprawiedliwić jego zawartość. Nie bądźcie dla mnie zbyt surowe, pliz, bo oprócz Młodości włączyła mi się Wrażliwość, nawet momentami ta uciążliwa Nad. Dlatego dzielę się z Wami wierszem, który parę lat temu, na początku mojej drogi do odnalezienia i pokochania siebie, otrzymałam od cudownej Pani Kasi Bosowskiej. Wiersz ten między innymi pomagał mi powolutku przestawać myśleć o sobie źle. Czasem jednak muszę sobie o tym bardzo przypominać, jak o uśmiechaniu, ale hurra udało się i jest uśmiech :)

piątek, 10 lutego 2017

Bordo, hafty i naszywki :)

Ready to wear!!!! :)))




Co dziś świętujemy ? :)



Dzisiaj święto jakich mało, bo rzadkość u Lumpoli, czyli zestawy, które chyba można śmiało założyć i wyjść w nich na ulicę, narażając się może na to, że być może zwrócimy uwagę przechodniów, ale raczej tą życzliwą bez pukania się w czółko i porozumiewawczych uśmieszków, tak liczę :) Zestawy oparte są na bordowej asymetrycznej spódnicy z haftem i frędzlami. Mamy więc bordo, o którym pisałam już szerzej w poście 
SWETER, FUTERKO I BIAŁE WINKO, mamy też haft i pojawią się naszywki. Mimo że o haftach i naszywkach pisali już wszyscy i bardzo dużo, dorzucę swoje 3 grosze :)

sobota, 4 lutego 2017

Biały Miś i Serca Dwa :)

Impresje z Salonu Odrzuconych.



Dzisiejsze inspiracje

Zdarza się czasem, bardzo rzadko, że jakiś mój pomysł autorski, choć nigdy nie autorytatywny, trafia do lamusa, bo myślę sobie, o kolejny dziwOLOng. Okazuje się jednak, że ma szansę wrócić do łask, gdy zobaczę coś podobnego, czyli gdy pojawia się taka inspiracja epilog, mówiąc poetycko. Wtedy wyzbywam się resztek kompleksów i ryzykuję, poddając go Waszej ocenie, czyli opisując malarsko, trafia do Salonu Odrzuconych. O takim pomyśle przypomniała mi Ania Slomka, publikując na instagramie pewne zdjęcie z bladoróżową futerkową stylizacją w ramach swojego cyklu Zurychskie Wystawy :) Moja Inspiracja 
Oryginalnie ta moja stylówka w lamusie była z Szarym Wilkiem, może dlatego tam trafiła, bo pomyślałam, że Szarym Wilkiem już Was chyba zanudzam. Rozpoczęłam więc usilne i uwieńczone sukcesem poszukiwania idealnego Misia Białego :) Ceny moich lumpeksowych zdobyczy powodują, że traktuję je bardzo niefrasobliwie. Szkoda mi płacić wielokrotności kwoty za chemiczne pranie czy czyszczenie, więc wszystko wrzucam do pralki, i na razie raz się tylko nacięłam, i to ze spodniami wełnianymi dopuszczonymi na obrazku do prania w pralce. Wrzuciłam więc białe futerko do pralki i wyszedł z niej naprawdę paskudny zmokły pies, a nie żaden Biały Miś. Na szczęście wiem, jak mój Laki wygląda po wykąpaniu, i na szczęście mam dla niego odpowiednią szczotkę, która bardzo się przydała i futerko wygląda już dużo lepiej, choć patrząc na zdjęcia, chyba jeszcze raz dokładnie je wyszczotkuję. Z dzisiejszymi stylizacjami jest związana jeszcze jedna historyjka, dotycząca czarnego beretu z dwoma perlistymi sercami. Też spotkało go początkowe odrzucenie, przymierzyłam go i założyłam manekinowi na głowę z powrotem. Do powrotu po niego skusiła mnie Renia Jaz, gdy wystąpiła w pięknym szarym filcowym berecie z naszytymi perełkami. Bardzo jej pozazdrościłam i pognałam po ten czarny. Czekał na mnie, a czy to było na szczęście, zostawiam Waszej ocenie, bo jakoś go dziwacznie założyłam :) Przemawia za nim na pewno Walentynkowy motyw 2 serc :)

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Podkolanówki, tweed i ... Twiggy.

Jeszcze jesienny gość Lumpoli - Ania.



Pretekstem do powstania tych stylizacji, była chęć skonfrontowania tweedowych lumpeksowych zdobyczy z trendem skarpetkowym. Wymyśliłam sobie, że klamrą spinającą te 2 elementy będzie Twiggy, dlatego zainspirowana nią zabieram Was dziś do lat 60-tych :) Na początek pokrótce przedstawię tytułowych bohaterów posta, a wcześniej jeszcze wytłumaczę się skąd taki rozebrany post o tej porze roku. Zdjęcia z Anią powstały jesienią i miały pójść od razu, ale wciąż ta Lumpola wpychała się bez kolejki, a teraz kiedy widzę jakie energetyczne kolory wkraczają na wiosnę, trochę te jesienne smutasy będą tej wiosny od czapy. Tak czy siak, będą od czapy, a do kolejnej jesieni nie będziemy z Anią czekać przecież, więc pokazuję je teraz jako przerywnik i oddech od Lumpoli, a trochę też jako Dodatek Nadzwyczajny z okazji postu o Oli-Lumpoli u Niewidzialnej Kobiety Ola ma stylMam nadzieję, że oglądając Anię, nie będziecie się tak trząść z zimna, jak ona pozując, ale zachowując przy tym pełny profesjonalizm, na poziomie uczestników Top Model :)

sobota, 28 stycznia 2017

Bardzo długa kożuszkowa kamizela.

Jak się nie oprzeć pokusie.





Inspiracja na dziś.

Dzisiejszy post będzie o inspiracji i pokusach. Bo ja jednak bardzo, bardzo lubię inspiracje, inspiruję się czym się da, a najbardziej to lubię właśnie pokusy. Uwielbiam, żeby coś co mi się spodoba, co budzi mocne emocje, nawet jeśli to nie jest w moim stylu, spróbować oddać po mojemu, zmierzyć się z tematem lumpeksowymi możliwościami, nie skopiować, bo to się nie uda nawet, ale właśnie potraktować swoją wyobraźnią. Uwielbiam to bicie serca, które towarzyszy mi transponowaniu inspiracji na język Lumpoli. Tym razem zainspirowała mnie Tess stylizacją, którą pokazała na fb. Fotkę zamieszczam na końcu posta. Problematyczne wydawało się zdobycie długiej futrzanej kamizelki. Pomyślałam obrazoburczo, że można przecież "zepsuć" długie futro, o które jednak łatwiej w sh, co też następnego dnia uczyniłam. W pierwszym lumpeksie, do którego weszłam, trafiłam na bardzo długi brązowy kożuszek, minimalnie dla mnie ciasnawy, dlatego potraktowanie go jako kamizelki, wręcz się narzucało. Wyprułam delikatnie rękawy, no i mam kamizelkę i długie, bardzo ciepłe ocieplacze kożuszkowe, które na pewno pokażę na blogu. W razie czego mogę też swobodnie zszyć z powrotem te elementy i odzyskać płaszcz. Kożuszek jest tak uszyty, że w zasadzie można go nosić dwustronnie. Chciałam to pokazać, ale w jednolitym brązowym tak długim futrzaku, wydawałam się sobie zbyt potężna :) W tych lumpeksowych ciuchach jest taka ogromna zaleta, że nie czuję strachu czy żalu, by potraktować je nożyczkami np. W ten sposób powstały moje szare getry, rękawy z przykrótkiego sweterka za 2 zł, który kupiłam ze względu na futrzany kołnierz. Z kołnierza były mankiety dżinsowego płaszczyka Tiny Turner :)

sobota, 21 stycznia 2017

Zimowe służby mundurowe.

Gwardia Szkocka czy Armia Kozacka ? Laki już wybrał :)






O mojej ogromnej fascynacji dekoracyjnym stylem mundurowej arystokracji pisałam już szeroko w poście Arystokratka czy oswojona piratka ? Dlatego dziś mniej piszę, za to mieszam na całego, łączę klimat carskiego munduru ze słowiańską romantyką w stylu Anny Kareniny, szkocką kratę ze stylem rodem z armii kozackiej. Wojskowy, carski styl podkreślam długim, dwurzędowym płaszczem o linii "A" i "oficerkami" Zimowy charakter wzmacniam futrzanymi dodatkami i czapami. Ciemną, wojskową kolorystykę przełamuję bielą koszuli i romantycznej bluzki, oraz czerwienią kraciastej spódnicy i dekoracyjnego żakietu. Tylko z tymi "oficerkami" to taka ściema, jak powiedział mój mąż, robiąc mi zdjęcia. Tak naprawdę to moje przedlumpeksowe kalosze z dużej wyprzedaży w Monnari. Tak bardzo kojarzą mi się z oficerkami o luźnej cholewce, że zapragnęłam stworzyć z nimi mundurowe stylizacje. Nie mogłam się doczekać wiosny, dlatego wkomponowałam je w stylizacje zimowe. Zdjęcia robiliśmy w temperaturze - 17 i spokojnie przeżyłam, więc może gdyby założyć do środka wełniane, zgryźliwe onuce, to sytuacja byłaby co najmniej usprawiedliwiona :) Tak czy siak, nie jest to chwalebny przykład do naśladowania!

niedziela, 15 stycznia 2017

Dzika Pantera i Szary Wilk w drodze na Krupówki :)

Wczoraj było futro i dziś też będzie futro :)




Co nas pociąga w futrze ?

Zakładamy futro chętnie, bo to trofeum, symbol mocy, dzikości, pierwotnych instynktów. Jest okryciem wierzchnim naszego wewnętrznego barbarzyńcy, a kto go nie ma w sobie, niech pierwszy rzuci kamieniem, albo śnieżką :) Na początku zarezerwowane tylko dla mężczyzn, później tylko dla ludzi bogatych, w dzisiejszych czasach, erze sztucznych futer, uniezależniwszy się od klasy, płci i majątku, zyskało wolność, jakiej nigdy jeszcze nie miało. Dzięki temu teraz my możemy się w nie stroić bez ograniczeń i czuć w sobie cudowny, dziki zew natury :) 

niedziela, 8 stycznia 2017

Dzisiaj będzie futro, a jutro .... też będzie futro :)

Futro po włosku czyli zestawione z czernią.





I chciałabym, i boję się.

Miał być, zapowiadany w poście o burej panterze Bura pantera w bordo, panterkowy deserek. Miałam pójść po bandzie, odważyć się na nowości jak z wybiegów, czyli brawurowo połączyć kontrastujące wzory i mocne kolory. Oddać panowanie fuzji kolorów i intrygującym efektom. Przebojowo połączyć panterę z innymi mocnymi nadrukami, jak patchworkowe wzory, czy kolorowe paski i obwiesić się dużą biżuterią w hurtowych ilościach. Miałam się odważyć i pokazać, że potrafię to nosić, zresztą byłby to pikuś przy mojej torebce na głowie. Miałam już wtedy w zanadrzu jedną odważniejszą panterę, skórę zdjętą z Alexis, i co ? I wcale nie pstro! Obawiałam się, czy skompletuję w lumpeksach odpowiednie zestawy, a nie przyszło mi wtedy do głowy, żeby obawiać się o całkiem coś innego, czyli o kryzys egzystencjalny na linii Ola - Lumpola, a także o niespodziewany, bo czy nieuzasadniony to się dopiero okaże, pociąg do okiełznania jej szaleństwa i spróbowania się w klimatach bardziej stonowanych i minimalistycznych. Efektem jest bezpieczny kompromis, czyli futra noszone po włosku, do eleganckich czerni. Oczywiście słowa bezpieczny i elegancki nadal ubieram w cudzysłów, bo jest to wciąż klimat dzikiej Lumpoli, czyli styl, który nawet od Oli wymaga dużo odwagi, ale to raczej ze względu na charakter osoby, a nie stroju ;) O tym, jak nosić futra nowocześnie i modnie, przeczytacie i zobaczycie u Justyny Faliszek w poście Jak nosić futro. Jedną ze stylizacji z tego posta, na swój dziwaczny sposób chyba skopiowałam :)

niedziela, 1 stycznia 2017

Jak zostałam kotem w butach.

Moje prawie 9 miesięcy z Lumpolą.




"Przychodzi nie szukane, 

gdy przestaliśmy życiu stawiać pytania

i trwamy w spokojnym przepływaniu zdarzeń,

gdy nie zanurzywszy dłoni w nieznanym skamienieliśmy,

wtedy staje przed nami NIEOCZEKIWANE "